Od mniej więcej 5 lat moje poranki wyglądają podobnie. Można powiedzieć, że łączy je tak naprawdę jedna rzecz, jedna czynność, którą jako pierwszą wykonuję codziennie. Nie ma znaczenia, czy jest to weekend, czy wstaję wcześnie rano, czy wstaję później. Na stoliku przy moim łóżku leży opakowanie małych białych tabletek. Codziennie rano od wzięcia jednej z nich zaczynam swój dzień. Ulubioną kawę lub herbatę piję dopiero pół godziny później. Nie wcześniej. To ważne. Tak trzeba robić kiedy choruje się na niedoczynność tarczycy. Ja choruję.

Pakując się na wyjazd jako jedną z pierwszych rzeczy wkładam właśnie te tabletki. Mogę zapomnieć wielu innych rzeczy, ale tych tabletek nie. Przyzwyczaiłam się do tego, że muszę je brać codziennie. To jeden z nawyków, które wyrobiłam w sobie szybko i bez problemów.

Kiedy zachorowałam?

Wszystko zaczęło się mniej więcej 8 lat temu. Byłam bardzo senna i wiecznie zmęczona. Niezależnie od tego, czy spałam długo, czy miałam wolny dzień to zmęczenie i senność były na porządku dziennym. Zaczęły mi wypadać włosy, a skóra stała się bardzo przesuszona. Nie pomagały szampony, balsamy. Waga pokazywała więcej kilogramów niż wcześniej mimo tego, że w mojej diecie nic się nie zmieniło.

Początkowo zwalałam to na przesilenie wiosenne, jesienne… W końcu jednak postanowiłam pójść do lekarza. Dostałam skierowanie na podstawowe badanie krwi (morfologia, żelazo) i TSH (tego badania nie robiłam nigdy wcześniej). Wynik był wysoki – wynosił prawie 4 – ale mieścił się w normie laboratorium. Mimo to dostałam skierowanie do endokrynologa. A wiadomo jak to u nas ze skierowaniem do specjalisty jest… Kilka miesięcy czekania na wizytę.

W tym czasie nic się nie zmieniło. Objawy nie ustępowały.

W końcu doszło do wizyty. Po zleceniu dodatkowych badań ft3, ft4, anty TPO, anty TG i zrobieniu usg tarczycy pani ednokrynolog orzekła, że “wszystko jest w normie i żadnych leków nie potrzebuję”.

No cóż…wtedy jeszcze z lekarzami nie dyskutowałam i wierzyłam, że wiedzą co robią. Dopiero później dowiedziałam się, że wynik TSH powinien być dużo niższy i że nawet jeśli mieści się “normie”, a pacjent zgłasza objawy (np. takie jak ja miałam) warto spróbować włączyć leczenie.

Leczenie

Po raz pierwszy leki na tarczycę przypisała mi pani ginekolog, do której trafiłam z 2 lata po wizycie u endokrynologa. I…odżyłam. Zaczęłam czuć się zdecydowanie lepiej.

Ponownie zgłosiłam się do poradni endokrynologicznej. Tym razem innej. Tym razem trafiłam na lekarza, który mnie wysłuchał. Jeszcze raz przeszłam badania i usłyszałam diagnozę – niedoczynność tarczycy. Pani doktor ustaliła mi nową dawkę leku, a po kilku miesiącach i ponownych badaniach zmieniła ją na inną. Początkowo moje wizyty były częstsze. W momencie kiedy wyniki się unormowały pojawiam się na wizycie kontrolnej raz/dwa razy do roku. Zawsze z aktualnymi wynikami. Zawsze mam robione usg tarczycy.

Mam niedoczynność tarczycy. Moje wyniki są teraz w normie i przekładają się także na moje samopoczucie. Wiadomo czasem bywają gorsze dni, ale moje samopoczucie  w porównaniu do tego jak czułam się 8 lat temu jest zdecydowanie lepsze. Włosy przestały wypadać i zaczynają w końcu być w całkiem dobrej kondycji, podobnie jak moja skóra.

Tę jedną małą białą tabletkę najprawdopodobniej będę brała już każdego ranka. Co roku będę zgłaszać się na wizyty do poradni endokrynologicznej. Tak trzeba.

Zachęcam was do zbadania hormonów tarczycy, nawet jeśli nie obserwujecie dodatkowych objawów. Takie badania profilaktycznie, podobnie jak usg tarczycy powinien wykonać każdy.

A ty je robiłeś/robiłaś?

P.S. Więcej na temat tarczycy, badań, chorób możesz przeczytać na stronie kampanii “Tarczyca – otocz ją opieką”.

 

 

pozdrawiam-agnieszka